- to co z tym dzidziusiem? - Arek z impetem wskoczył na nasze łóżko - już jest tutaj? - podekscytowany wskazał na mój brzuch.
- nie jeszcze nie ma - zaśmiałam się "wpuszczając" go pod kołdrę.
- długo mam jeszcze czekać ? - pytał zniecierpliwiony
- Łobuzie - wtrącił się Mariusz - poczekasz tyle ile trzeba.
Naszą konwersacje przerwał dzwonek do drzwi. Wlazły przeklinając pod nosem tego, kto o tak wczesnej porze postanowił wpaść do nas w odwiedziny. Szybko nasunął na swoje biodra dżinsy i poszedł otworzyć.
Po chwili w drzwiach sypialni stanęła Paulina, a zaraz za nią pojawił się również Maniek. Zaskoczona spojrzałam na siatkarza a ten tylko wzruszył ramionami.
- Arek ! - krzyknęła, gdy zrozumiała, że jej syn bardziej zajęty jest przeglądaniem książki znalezionej na szafce nocnej niż zwróceniem jakiejkolwiek uwagi na przybycie matki.
- mama ? -przeniósł wzrok z szeregów literek na Paulinę - co tu tutaj robisz?
- zabieram Cię na weekend do mnie - oznajmiła - a teraz chodź się przywitać.
Blondynek zeskoczył z łóżka i podleciał do Pauliny, która kucając przytuliła chłopca. Wlazły zaprowadził ich do salonu dając mi czas na ubranie się. Gotowa dołączyłam do pozostałych.
- Arek pakuj się, mamusia zabiera Cię to siebie - szepnęła Paulina widząc jak wchodzę do pomieszczenia.
- mogłabyś chociaż skonsultować to wcześniej ze mną - mruknął Mariusz gdy Mały zniknął już za drzwiami swojego pokoju.
- nie zapominaj, że to ja jestem jego matką.. - spiorunowała mnie wzrokiem
- a ja jego ojcem - dodał Maniek.
- najlepiej dla niego byłoby jakbyście się nie kłócili - wtrąciłam.
- przepraszam, ale mogłabyś się nie wtrącać bo akurat ty chyba najmniej masz do powiedzenia w tej sprawie - krzyknął Paulina, na tyle głośno i oschle, że Arek wybiegł ze swojego pokoju i mocno przytulił się do moich nóg.
- nie krzycz na Olę - szepnął nieśmiało wycierając mokre ślady po łzach.
Paulina spojrzała na niego lekko zdezorientowana, po czym chwytając go za rękę chciała wyprowadzić z mieszkania. Ten jednak twardo trzymał się najpierw moich, a później Mariusz nóg.
- ja nie chcę jechać z Tobą .. - krzyczał zacinając się płaczem.
- przecież jeden głupi weekend Cię nie zbawi - zapierała się Paulina
- Paula jak nie chce, to go nie zmuszaj. - Mariusz wziął stronę syna.
- chcieć być matką źle, nie chcieć być matką jeszcze gorzej! Myślałam, że ostatnio już sobie wszystko wyjaśniliśmy - znacząco spojrzała na siatkarza i ostatni raz przytulając syna wyszła z mieszkania.
To była dziwna wizyta, w której Paulina pokazała swoją drugą stronę, ewidentnie złą stronę. W ciszy przygotowaliśmy śniadanie, po czym Arek zaczął oglądać swoje ulubione kreskówki
Usiadłam przy kuchennej wyspie i kątem oka obserwowałam Blondynka. Z kubkiem świeżej kawy przeglądałam dzisiejszą gazetę, w której jak zwykle pełno było politykowania.
- jadę na halę. mam tam spotkanie z dzieciakami z fundacji. Jedziecie ze mną. ? - zagaił Mariusz wychodząc z salonu z laptopem.
Arek od razu podłapał pomysł i pobiegł do siebie się przebrać. Sama, niezbyt przychylnie nastawiona do propozycji Mańka również udałam się do swojej garderoby.
Niby jego pomysł nie był zły, ba! był całkiem świetny. Ale do końca nie wiedziałam co ja mam niby tam robić?
Dwadzieścia minut później nie było już odwrotu. Przekroczyłam próg Energii trzymając Arka za rękę, ale ten szybko wyrwał dłoń z mojego uścisku i pobiegł do czekającego Bąkiewicza i Plińskiego. Przybił z nimi piątki, po czym zniknęli za drzwiami prowadzącymi na salę.
- przepraszam Cię za Paulinę - Wlazły objął mnie w pasie i przyciągnął do siebie.
- to raczej ona powinna mieć jakiekolwiek wyrzuty sumienia a nie ty.
- Oluś no.. - szepnął zaczesując moją grzywkę na prawą stronę.
- chodźmy.. dzieciaki czekają - pociągnęłam go za rękę.
Na sali czekała już cała banda młodych siatkarzy. Mariusz wygłosił krótką przemowę i razem z Danielem i Michałem zarządzili krótką rozgrzewkę. Przyszli sportowcy jak na prawdziwych zawodników przystało bez żadnego "ale" wykonywali polecenia mentorów. Krótka rozgrzewka z piłką i dzieciaki mogły dzielić się na drużyny.
- pani jest żoną pana Mariusza ? - zapytał nieśmiało jeden z chłopców.
sobota, 30 marca 2013
niedziela, 24 marca 2013
49.
Nastała cisza. Krępująca cisza, którą zakłócały tylko dźwięki wychodzące w telewizora. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Wiedziałam, że Mariusz biję się teraz z myślami , zdradzał go wyraz twarzy. W głębi duszy czułam, że źle zrobiłam prosząc go o taką obietnicę, bo przecież Paulina to jego żona, była, no ale żona. Z drugiej zaś strony musiałam wiedzieć na czym stoję. Dłoń Mariusz powędrowała na mój policzek, a kciukiem gładził jego skórę. Jego twarz zbliżała się do mojej. Oddechem drażnił niemal każdą część mojego ciała Biło od niego to cholerne ciepło, które z każdą minutą upewniało mnie, że to ten jedyny, ten na całe życie.
- Obiecuje.
Na potwierdzenie tych słów jego usta znalazły się na moich. Między nami, a raczej naszymi językami, toczyła się najprawdziwsza walka. Tak jakby chciały sprawdzić kto kocha bardziej.
Znaleźliśmy się w naszym małym, własnym świecie, w którym nie liczy się nic więcej niż nasze uczucia, nasza wspaniała, cudowna, aż nadto doskonała miłość. I nazwijcie nas starymi wygami w związku z ilością przeżytych wiosen, ale to co dzieje się między nami przypomina raczej młodzieńczy stan zakochania, pierwszą miłość. Tylko, że nasza przetrwa wszystko, a ta "nastoletnia" często kończy się na pierwszej sprzeczce.
Jego ciepła dłoń błądziła pod moją koszulką, poszukując zapięcia biustonosza. Przerwał nam dopiero dzwonek mariuszowego telefonu. Niemal jednocześnie spojrzeliśmy na wyświetlacz, gdzie widniał numer telefonu Pauliny.
- nie odbierzesz ? - spytałam gdy Wlazły nacisnął okienko z czerwoną słuchawką odrzucając połączenie.
- nie. To na pewno nic ważnego, a ja przecież coś Ci obiecałem. A kto jak kto, ale Mariusz Wlazły obietnic dotrzymuje.
~*~
Ten poranek był inny. Nadzwyczajny. Romantyczny. Przywitało mnie śniadanie do łóżka. Na drewnianej tacy obok kubka gorącej czekolady stał stos naleśników i słoiczek nutelli. Po skończonym posiłku Mariusz poszedł obudzić Arka, gdyż chciał zabrać go na jakieś zakupy. Sama postanowiłam towarzyszyć w chodzeniu po sklepach Winiarskiej. Wlazły zgarnął po drodze Oliwiera, więc spokojnie mogłyśmy zakupić wszelakiego rodzaju artykuły przyszłej mamy.
Kilka godzin spędziłyśmy w jednym dziale spacerując w tą i z powrotem. Wybrałyśmy wózek, nosidełko, ubranka, butelki i tonę innych pierdół nie zapominając oczywiście o zabawkach. Było tego tak dużo, że musieliśmy dzwonić po Wlazłego.
- super siłacze przybywają z pomocą ! - zza regału wyłonił się Arek i Oli ubrani w czerwone peleryny.
- tak więc supermanie - poczochrałam jasne włosy Winiara Juniora - jedź tym wózkiem do kasy
- ale ciociuu - jęknął - ja jestem Ironman, a Arek to Superman.
- jaka gafa - zaśmiał się Maniek i aby uwięczyć swoje dzieło pokazał na mnie palcem.
- a jakim herosem jest wujek ? - zapytała zaciekawiona
- tatuś jest Hulkiem ! - odparł dumnie Arkadiusz.
- Hulkiem ? - parsknęłam śmiechem - nie ciekawiej by było gdyby był jakąś śpiącą królewną ? Żebyście mogli go ratować z opałów.
-bardzo dobry pomysł - poparła mnie Dagmara
- o nie nie nie, nie wrobicie mnie - zastrzegł siatkarz - wy jesteście księżniczkami, a ja Hulkiem!
- jak dzieci - zaśmiałam się - a teraz zapraszam stowarzyszenie super bohaterów do kasy.
Winiarska zmniejszyła trochę środki na koncie bankowym męża. Wpakowaliśmy wszystko do dwóch samochodów, po czym już w domu Winiarów rozpakowaliśmy w pokoiku przeznaczonym dla ich synka.
- jak będzie miał na imię ? - zapytałam siadając na hamaku w ogrodzie.
- Maciej Bartłomiej - odparła podają mi szklankę zimnej lemoniady.
Przestronny ogród posiadłości Winiarskich idealnie nadawał się na zabawy z dziećmi. Mariusz razem z Olim i Arkiem szaleli po całym trawniku taplając się w zraszaczach.
Daga wypuściła nas dopiero po zjedzeniu obfitej kolacji. Wróciliśmy do mieszkania, a Arek już od progu zaczął mruczeć coś pod nosem.
- chciałbym mieć rodzeństwo - oznajmił w końcu siadając na kanapie.
Spojrzałam zdezorientowana na Mariusza, a ten tylko wzruszył ramionami i zaszył się w kuchni. Usiadłam obok blondynka i dokładnie mu się przyjrzałam.
- Oli będzie miał braciszka, a ja też chcę mieć takie małe dziecko.. może być nawet siostrzyczka - cicho popłakiwał
- to wszystko zależy od bociana - zaśmiał się z kuchni Maniek
- a wcale że nie ! - oburzył się Mały - wujek Bąku nam mówił, że dzieci wcale nie przynoszą bociany!
- a co jeszcze Ci mówił ? - poprawił jego rozczochrane w każdą stronę włosy
- ja mam was uczyć jak się dziecko robi ?! - krzyknął Arek.
Z kuchni dochodził tylko chichot Wlazłego, dźwięk rozbijającej się szklanki i tradycyjne polskie "kurwa".
- nie musisz - odparłam - a teraz szoruj do łazienki, bo już późno.
- ale maaamoooo - jęknął.
Szybko jednak pognał do siebie widząc karcący wzrok Mariusza.
- on powiedział do Ciebie mamo - szepnął siadając obok mnie na kanapie
- właśnie wiem.. i dziwnie się z tym czuje.
- może z nim porozmawiam ?
- nie trzeba. Może przywyknę.
Na prawdę czułam się tak jakoś inaczej. Moje serce przyśpieszyło swoje wcześniej równomierne uderzenia,a organizm nawiedziła fala ciepła. Rzeczywiście kochałam małego Wlazłego jak własnego syna, a usłyszeć z jego ust słowo "mamo" jest taką wisienką na torcie naszych relacji.
- Obiecuje.
Na potwierdzenie tych słów jego usta znalazły się na moich. Między nami, a raczej naszymi językami, toczyła się najprawdziwsza walka. Tak jakby chciały sprawdzić kto kocha bardziej.
Znaleźliśmy się w naszym małym, własnym świecie, w którym nie liczy się nic więcej niż nasze uczucia, nasza wspaniała, cudowna, aż nadto doskonała miłość. I nazwijcie nas starymi wygami w związku z ilością przeżytych wiosen, ale to co dzieje się między nami przypomina raczej młodzieńczy stan zakochania, pierwszą miłość. Tylko, że nasza przetrwa wszystko, a ta "nastoletnia" często kończy się na pierwszej sprzeczce.
Jego ciepła dłoń błądziła pod moją koszulką, poszukując zapięcia biustonosza. Przerwał nam dopiero dzwonek mariuszowego telefonu. Niemal jednocześnie spojrzeliśmy na wyświetlacz, gdzie widniał numer telefonu Pauliny.
- nie odbierzesz ? - spytałam gdy Wlazły nacisnął okienko z czerwoną słuchawką odrzucając połączenie.
- nie. To na pewno nic ważnego, a ja przecież coś Ci obiecałem. A kto jak kto, ale Mariusz Wlazły obietnic dotrzymuje.
~*~
Ten poranek był inny. Nadzwyczajny. Romantyczny. Przywitało mnie śniadanie do łóżka. Na drewnianej tacy obok kubka gorącej czekolady stał stos naleśników i słoiczek nutelli. Po skończonym posiłku Mariusz poszedł obudzić Arka, gdyż chciał zabrać go na jakieś zakupy. Sama postanowiłam towarzyszyć w chodzeniu po sklepach Winiarskiej. Wlazły zgarnął po drodze Oliwiera, więc spokojnie mogłyśmy zakupić wszelakiego rodzaju artykuły przyszłej mamy.
Kilka godzin spędziłyśmy w jednym dziale spacerując w tą i z powrotem. Wybrałyśmy wózek, nosidełko, ubranka, butelki i tonę innych pierdół nie zapominając oczywiście o zabawkach. Było tego tak dużo, że musieliśmy dzwonić po Wlazłego.
- super siłacze przybywają z pomocą ! - zza regału wyłonił się Arek i Oli ubrani w czerwone peleryny.
- tak więc supermanie - poczochrałam jasne włosy Winiara Juniora - jedź tym wózkiem do kasy
- ale ciociuu - jęknął - ja jestem Ironman, a Arek to Superman.
- jaka gafa - zaśmiał się Maniek i aby uwięczyć swoje dzieło pokazał na mnie palcem.
- a jakim herosem jest wujek ? - zapytała zaciekawiona
- tatuś jest Hulkiem ! - odparł dumnie Arkadiusz.
- Hulkiem ? - parsknęłam śmiechem - nie ciekawiej by było gdyby był jakąś śpiącą królewną ? Żebyście mogli go ratować z opałów.
-bardzo dobry pomysł - poparła mnie Dagmara
- o nie nie nie, nie wrobicie mnie - zastrzegł siatkarz - wy jesteście księżniczkami, a ja Hulkiem!
- jak dzieci - zaśmiałam się - a teraz zapraszam stowarzyszenie super bohaterów do kasy.
Winiarska zmniejszyła trochę środki na koncie bankowym męża. Wpakowaliśmy wszystko do dwóch samochodów, po czym już w domu Winiarów rozpakowaliśmy w pokoiku przeznaczonym dla ich synka.
- jak będzie miał na imię ? - zapytałam siadając na hamaku w ogrodzie.
- Maciej Bartłomiej - odparła podają mi szklankę zimnej lemoniady.
Przestronny ogród posiadłości Winiarskich idealnie nadawał się na zabawy z dziećmi. Mariusz razem z Olim i Arkiem szaleli po całym trawniku taplając się w zraszaczach.
Daga wypuściła nas dopiero po zjedzeniu obfitej kolacji. Wróciliśmy do mieszkania, a Arek już od progu zaczął mruczeć coś pod nosem.
- chciałbym mieć rodzeństwo - oznajmił w końcu siadając na kanapie.
Spojrzałam zdezorientowana na Mariusza, a ten tylko wzruszył ramionami i zaszył się w kuchni. Usiadłam obok blondynka i dokładnie mu się przyjrzałam.
- Oli będzie miał braciszka, a ja też chcę mieć takie małe dziecko.. może być nawet siostrzyczka - cicho popłakiwał
- to wszystko zależy od bociana - zaśmiał się z kuchni Maniek
- a wcale że nie ! - oburzył się Mały - wujek Bąku nam mówił, że dzieci wcale nie przynoszą bociany!
- a co jeszcze Ci mówił ? - poprawił jego rozczochrane w każdą stronę włosy
- ja mam was uczyć jak się dziecko robi ?! - krzyknął Arek.
Z kuchni dochodził tylko chichot Wlazłego, dźwięk rozbijającej się szklanki i tradycyjne polskie "kurwa".
- nie musisz - odparłam - a teraz szoruj do łazienki, bo już późno.
- ale maaamoooo - jęknął.
Szybko jednak pognał do siebie widząc karcący wzrok Mariusza.
- on powiedział do Ciebie mamo - szepnął siadając obok mnie na kanapie
- właśnie wiem.. i dziwnie się z tym czuje.
- może z nim porozmawiam ?
- nie trzeba. Może przywyknę.
Na prawdę czułam się tak jakoś inaczej. Moje serce przyśpieszyło swoje wcześniej równomierne uderzenia,a organizm nawiedziła fala ciepła. Rzeczywiście kochałam małego Wlazłego jak własnego syna, a usłyszeć z jego ust słowo "mamo" jest taką wisienką na torcie naszych relacji.
wtorek, 19 marca 2013
48.
Nie wiem jak nazwać emocje, które kłębiły się w moim organizmie. Przede wszystkim była to zazdrość. Wszystko było nie tak. Najpierw dwa tygodnie rozłąki poprzedzone rzekomym pokrewieństwem moim i Mariusza, a teraz na dodatek tak po prostu mnie... wystawił (?). Na pierwsze lepsze wezwanie Pauliny popędził jej z pomocą niczym rycerz na białym koniu. Może i wyolbrzymiam całą tą sytuację ale nic innego mi nie pozostaje.
Wieczór, który miałam spędzić w towarzystwie Mańka, spędziłam sama. Zrozumiałabym jakby to był sezon ligowy i miałby jakiś mecz, czy byłby umówiony z kumplami, no ale on pojechał do swojej BYŁEJ żony.
Nawet nie wiem kiedy zasnęłam na kanapie przy jakimś nudnym filmie akcji. Obudził mnie dopiero trzask drzwi. Spojrzałam na ekran telewizora, na którym nie było nic oprócz biało-czarnych migających kropek. Przeniosłam wzrok trochę wyżej, na elektroniczny zegarek strojący na drewnianej półce między zdjęciami Arka. Zamrugałam kilka razy, a czerwone kreski tworzące poszczególne cyfry zaczęły docierać przez moje oczy do mózgu. Godzina trzecia, minut dwadzieścia jeden.
- o tu jesteś ! - do salonu wpadł Wlazły i witając się ze mną całusem w policzek usiadł na kanapie.
- i jak było ? - spytałam z nutką ironii w głosie.
- nie wiedziała jak ma wbić gwoździa aby powiesić obraz w salonie.
- ach i po to potrzebna jej była twoja pomoc? - zakpiłam - nie mogła poprosić sąsiada ?
- zła jesteś ? - ooo pan Wlazły właśnie dokonał historycznego odkrycia! Trzeba to odnotować, być może w przyszłości Arek będzie się uczył o tym na lekcji historii.
- ależ owszem. - mruknęłam - wbijanie gwoździa, JEDNEGO GWOŹDZIA - podkreśliłam - zajęło Ci aż tyle czasu ?
- no jasne, że nie. Oprowadził mnie po swoim nowym mieszkaniu, przy okazji posprawdzałem jej wszystkie instalacje. Chwilę porozmawialiśmy i wróciłem - opowiadała ze stoickim spokojem, a we mnie wszystko wręcz się gotowało.
- zapewne dobrze się bawiliście - rzuciłam oschle - a teraz wybacz, ale idę się położyć, kochanie.
Nie zważając na jego protesty poszłam do sypialni. Położyłam się na naszym wspólnym łóżku i wypłakując kilka łez usnęłam. Nawet nie wiem, czy Mariusz położył się obok mnie, czy może spał w salonie albo w gościnnym, a może w ogóle nie zmrużył dziś oka.
Wieczór, który miałam spędzić w towarzystwie Mańka, spędziłam sama. Zrozumiałabym jakby to był sezon ligowy i miałby jakiś mecz, czy byłby umówiony z kumplami, no ale on pojechał do swojej BYŁEJ żony.
Nawet nie wiem kiedy zasnęłam na kanapie przy jakimś nudnym filmie akcji. Obudził mnie dopiero trzask drzwi. Spojrzałam na ekran telewizora, na którym nie było nic oprócz biało-czarnych migających kropek. Przeniosłam wzrok trochę wyżej, na elektroniczny zegarek strojący na drewnianej półce między zdjęciami Arka. Zamrugałam kilka razy, a czerwone kreski tworzące poszczególne cyfry zaczęły docierać przez moje oczy do mózgu. Godzina trzecia, minut dwadzieścia jeden.
- o tu jesteś ! - do salonu wpadł Wlazły i witając się ze mną całusem w policzek usiadł na kanapie.
- i jak było ? - spytałam z nutką ironii w głosie.
- nie wiedziała jak ma wbić gwoździa aby powiesić obraz w salonie.
- ach i po to potrzebna jej była twoja pomoc? - zakpiłam - nie mogła poprosić sąsiada ?
- zła jesteś ? - ooo pan Wlazły właśnie dokonał historycznego odkrycia! Trzeba to odnotować, być może w przyszłości Arek będzie się uczył o tym na lekcji historii.
- ależ owszem. - mruknęłam - wbijanie gwoździa, JEDNEGO GWOŹDZIA - podkreśliłam - zajęło Ci aż tyle czasu ?
- no jasne, że nie. Oprowadził mnie po swoim nowym mieszkaniu, przy okazji posprawdzałem jej wszystkie instalacje. Chwilę porozmawialiśmy i wróciłem - opowiadała ze stoickim spokojem, a we mnie wszystko wręcz się gotowało.
- zapewne dobrze się bawiliście - rzuciłam oschle - a teraz wybacz, ale idę się położyć, kochanie.
Nie zważając na jego protesty poszłam do sypialni. Położyłam się na naszym wspólnym łóżku i wypłakując kilka łez usnęłam. Nawet nie wiem, czy Mariusz położył się obok mnie, czy może spał w salonie albo w gościnnym, a może w ogóle nie zmrużył dziś oka.
następny dzień.
Cisza. Cisz zakłócana tylko przez ruch samochodów na bełchatowskiej ulicy i odgłos tykania zegarka. I jak taki spokój może kogokolwiek obudzić? Ach, normalnie. Obudziłam się ponieważ było zbyt cicho. Obeszłam całe mieszkanie, ale nigdzie nie spotkałam prawie dwumetrowej sylwetki siatkarza. A przecież takie dużego człowieka znaleźć jest bardzo łatwo, nawet w największym tłumie. Wyjęłam z kuchennej szafki musli, a z lodówki mleko i już po kilku chwilach mogłam cieszyć się moim skromnym śniadaniem. Z miską i szklanką soku pomarańczowego usiadłam przed telewizorem.
Martwiłam się. Cholernie się martwiłam. Nie miałam zielonego pojęcia, gdzie teraz jest Mariusz i to bolało najbardziej. Uspokoiłam się gdy usłyszałam charakterystyczny szczęk kluczy przekręcanych w zamku.
- Olaaaa ! - Arek wbiegł do salonu.
Szybko odstawiłam swoje śniadanie i przytuliłam blondynka.
- Młody zdejmij najpierw buty! - zganił go Mariusz, a trzylatek natychmiast pobiegł wykonać prośbę ojca.
Po chwili Mario wyłonił się zza ściany z bukietem biało-czerwonych róż.
- przepraszam za wczoraj, Ola. Wiem, że cholernie źle zrobiłem, ale tego już nie zmienię - przystanął przy zagłówku kanapy.
Obróciłam się bokiem, aby zobaczyć jego twarz. Napotkałam te jego magnetyczne oczy, które z każdym spojrzeniem powodowały szybsze bicie mojego serca.
- Ola.. powiedz coś - poprosił niepewnie.
- ładne kwiatki - zaśmiałam się odbierając od niego bukiet.
- widzę, że humor Ci dopisuję - przerwał na moment - a ja mam ciągle coś co należy tylko do Ciebie.
Przeskoczył przez oparcie sofy i usiadł obok mnie. Z kieszeni spodni wyjął to samo pudełeczko co tej pamiętnej nocy w DisneyLandzie. Szybko wydostał z niego pierścionek zaręczynowy i delikatnie wsunął go na mój palec.
- oświadczam Ci się już po raz drugi - westchnął - ale z chęcią zrobiłbym to jeszcze kolejne pięćset tysięcy razy. A wiesz czemu? Bo Cię kocham.
Pstryknął mnie palcem w czubek nosa, po czym musnął moje usta swoimi wargami.
- fuuuuuuuj! - jęknął Arek i usiadł na mariuszowych kolanach
- zobaczymy za kilka lat -zaśmiałam się i zmierzwiłam włosy malcowi.
Wspólnie przygotowaliśmy obiad, na który zaprosiliśmy również Dagmarę i Oliwiera.
- będę miała syna - oznajmiła dumnie Winiarska, gdy urządziliśmy sobie poobiednią sieste.
- gratulujemy - uściskałam ją
- ale wiecie, że teraz to wy musicie postarać się o dziewczynkę - zaśmiała się głaszcząc swój zaokrąglony brzuszek.
- to już nie zależy do nas - skwitował Wlazły trzymając swoją dłoń na moim kolanie.
Winiarscy w "odchudzonym" składzie opuścili nasze mieszkanie po dziewiętnastej Szybko położyliśmy Arka spać, a sami ponownie zalegliśmy na kanapie. Oparłam głowę o ramię siatkarza i wlepiłam wzrok w ekran telewizora.
- obiecasz mi coś ? - zapytałam chwytając jego dłoń. W odpowiedzi uzyskałam tylko przytaknięcie - obiecaj mi, że nigdy Paulina nie będzie ważniejsza niż ja.
Subskrybuj:
Posty (Atom)